Jak stracić odporność psychiczną w 40 dni – anty poradnik dla menadżera

Jak stracić odporność psychiczną w 40 dni – anty poradnik dla menadżera

Zajmując się od kilku już lat zagadnieniami związanymi z budowaniem odporności psychicznej zastanawiałem się, jakie czynniki mogą wpływać na jej zdecydowane obniżenie. Mówiąc prościej jeśli można ją budować w określony sposób, to jakie czynniki mogą wpływać na jej obniżenie.

Nie mając innych możliwości badawczych użyłem siebie jako badanego obiektu. Mam świadomość, że bycie jednocześnie obiektem i badaczem zakłóca wynik badania, niemniej jednak, wnioski były dla mnie na tyle ciekawe, że postanowiłem je spisać i teraz właśnie się nimi dzielę  

Historia jest oparta na faktach. To osobiste studium przypadku i w stu procentach dotyczy tylko i wyłącznie doświadczeń autora, więc wszelkie podobieństwo do innych sytuacji lub osób, jest wyłącznie przypadkowe. Nie znaczy to jednak, że inni ludzie nie mogą reagować podobnie.

Hipoteza: skoro odporność można w określony sposób podnosić, to w określonych warunkach można ją też obniżyć

Potwierdziłem tę hipotezę w pełni. Wystarczyło 40 dni, aby z wysokiej odporności psychicznej zostały tylko wspomnienia. 

Jakie czynniki to spowodowały?
  1. Intensywność pracy 
  2. Brak czasu na odpoczynek
  3. Poziom ponoszonej odpowiedzialności
  4. Brak wsparcia od przełożonych
  5. Brak równości w traktowaniu pracowników
  6. Całkowity brak pozytywnego wzmacniania
  7. Poczucie, że przełożeni kontaktują się ze mną tylko wtedy, gdy chcą mi przekazań negatywną informację zwrotną
  8. Brak standardów pracy obowiązujących wszystkich pracowników
  9. Poczucie bycia wykorzystywanym przez przełożonych ze względu na duże zaangażowanie i demonstrowany profesjonalizm
  10. Brak poczucia spójności celu w działaniach poszczególnych jednostek organizacyjnych 

Dodatkowo uświadomiłem sobie, że z blanchard’owskiego poziomu R4 spadłem na R2. Profesjonalne kompetencje i pewność siebie została, ale poziom motywacji spadł mi do niemalże jedności. Chciałem po porostu przetrwać do końca kontraktu, co i tak mi się nie udało. Wypowiedziałem go. Z planowanych 72 dni przepracowałem tylko 60.

Jak widać na ten spadek odporności złożyły się głównie czynniki zewnętrzne. Przyjrzyjmy się im dokładniej

  1. Zaciągnąłem się …. Nie, nie na Herbaciany Kliper. Na wakacyjną pracę w jednej z wielu mazurskich szkół żeglarstwa. Sześć 12 dniowych turnusów, podczas których moim zadaniem było zaszczepić młodzieży w wieku pomiędzy 14 a 18 rokiem życia, pasję do żagli, nauczyć, jak bezpiecznie prowadzić jacht żaglowy, a chętnych przygotować do egzaminu na patent żeglarza jachtowego. Merytorycznie byłem do tego doskonale przygotowany. Robiłem to już wiele razy. Pływam od dziecka, a pierwsze szkolenia dla dorosłych prowadziłem w wieku lat 14. 6 do 8 godzin zajęć na wodzie, wykłady z teorii, organizowanie młodzieży zajęć w tak zwanym czasie wolnym, dbanie o porządek w domkach, kontrolowanie ciszy nocnej, uzupełnianie kuratoryjnych dzienników zajęć, i wiele innych codziennych czynności. Dzień zaczynał się o 6:30, a kończył tuż po północy, gdy mieliśmy przekonanie, że młodzież zasnęła.
  2. Pomiędzy turnusami nie było żadnej przerwy. W dniu zmiany turnusów, autokar przywoził nowych kursantów, a z powrotem zabierał młodzież, której turnus właśnie się skończył. Był więc to czas, gdy na obozie przebywały dwa turnusy. Zaraz po pojawieniu się nowych kursantów wracaliśmy do pracy dydaktyczno-wychowawczej. Jeśli ktoś oglądał „Dzień Świstaka”, to czułem się jak główny bohater tego filmu. Z tym, że nie powtarzałem ostatniej doby, tylko poprzednie 12 dni. Sześćdziesiąt dni pracy bez dnia przerwy…
  3. Instruktor na jachcie ponosi pełną odpowiedzialność za życie i zdrowie załogi (za sprzęt też, ale tutaj miałem wsparcie, wykupionej na wszelki wypadek, żeglarskiej polisy OC). A biorąc pod uwagę, że to kursy dla młodzieży, to za swoją piątkę, którą miałem wpisaną na stan, odpowiadałem głową przez 24 godziny na dobę. Podkreślam, była to młodzież. Obozy były stacjonarne, to znaczy, mieszkaliśmy w domkach letniskowych. Sen trzeba było mieć lekki i czujny żeby, paradoksalnie, móc „spać spokojnie”.

Zatrzymajmy się tutaj na chwilę. Te trzy opisane czynniki są wprawdzie zewnętrzne, ale podejmując tę pracę zdawałem sobie sprawę z ich istnienia. Nie były one dla mnie zaskoczeniem. To wszystko jest wpisane w charakter pracy instruktora pływającego z młodzieżą. No, może poza tymi dwoma turnusami w jednym czasie na obozie. Tutaj dałem się trochę zaskoczyć. Wyszedłem z założenia, bazując na wcześniejszych doświadczeniach, że najpierw młodzież zostanie odebrana, a dopiero później przywieziona, co dawałoby około 10 godzin przerwy. Że niby niedużo…? W tych warunkach to byłoby bardzo dużo … :). 

4 – 10.  Muszę dodać ważną rzecz. Mój bezpośredni przełożony, nazwijmy go Komandorem, robił co mógł, umiał i potrafił. Od niego dostawałem wsparcie na miarę jego możliwości. Przyjaźnimy się do dzisiaj.

Natomiast był jeszcze Kierownik Zgrupowania, który, z mojego subiektywnego punktu widzenia, robił wszystko, aby mnie do pracy zrazić. Nie tylko nie wspierał, ale wręcz powodował swoimi decyzjami, że czułem się instruktorem drugiej kategorii, gdyż on, w sposób jawny, na każdym kroku pokazywał, że traktuje kadrę podobozu żeglarskiego, jako zasobnik siły roboczej, która oprócz swoich codziennych obowiązków ma świadczyć usługi  innym podobozom. 

Jeśli pokazałeś, że jesteś dobry i zaangażowany to znaczy, że możesz robić jeszcze więcej. Tego od ciebie oczekujemy, bo nie możemy tego oczekiwać od pracowników, którzy nie maja takich kompetencji i twojego zaangażowania – prawda że logiczne? 

A co w zamian? Ciesz się, że możesz dla nas pracować. Na twoje miejsce jest wielu chętnych…

Kierownik potrafił przyjść na keje tylko po to, aby wynajdywać i komentować popełnianie przez instruktorów, podczas szkolenia, błędy. Nie hamował się przed udzielaniem negatywnej (ok niech będzie korygującej) informacji zwrotnej w obecności kursantów i innych instruktorów. Fatalny sposób na budowanie autorytetu zarówno osobistego, jak i nas instruktorów w oczach dzieciaków. 

Żadnego „dobrego słowa” dotyczącego mojej pracy przez 60 dni od Kierownika nie usłyszałem. Chcąc zachować drogę służbową niejednokrotnie informowałem o swoich odczuciach i potrzebach mojego Komandora. On jednak tylko rozkładał ręce, jedyne co osiągałem, to możliwość wygadania się. 

Jak te czynniki wpłynęły na moja odporność psychiczną?

Przede wszystkim dotknęły one dwóch obszarów: zaangażowania i podejścia do wyzwań. 

Na początku współpracy pokazywałem maksymalne zaangażowanie, byłem bardzo otwarty na  nowe działania i obowiązki. Takie jest żeglarstwo po prostu. Jak taki jestem. Jak coś zaczynam rozbić, szczególnie, gdy jest to moja pasją, to nie trzeba mnie dodatkowo motywować. Jest problem, to zaraz pojawia się rozwiązanie. Wynika to z poczucia kontroli, bo wierzę, że poprzez zmianę konkretnych zachowań mogę zmieniać to, co jest w zakresie mojego wpływu. Dodatkowo jeszcze wysoka pewność siebie, wynikająca z doświadczenia zarówno pedagogicznego jak i żeglarskiego, pozwoliła mi na zbudowanie wysokiej wiary we własne umiejętności. Byłem profesjonalny, otwarty, zmotywowany i efektywny. Taka była moja oferta dla pracodawcy.

Jak było po 40, przełomowym dniu?

Zaangażowanie i podejście do wyzwań spadło, prawie zanikło. Ja się po prostu zacząłem niemalże ukrywać, po to, by nie zostać obarczony jakimś kolejnym genialnym pomysłem do realizowania. Szedłem na zajęcia, prowadziłem je najlepiej jak potrafię i to było na tyle jeśli chodzi o zaangażowanie. To ukrywanie miało jeszcze jeden cel, przynajmniej tak to widzę z perspektywy kilku już lat. Czułem, że nie potrafię utrzymać na wodzy emocji i drobna nawet różnica zdań pomiędzy mną, a Kierownikiem zakończy się awanturą na miarę homeryckiej Iliady niemalże. Zarządzanie emocjami, czyli obszar związany z poczuciem kontroli w modelu odporności psychicznej też więc uległ redukcji. Wpłynęło to zapewne na poziom pewności siebie w relacjach interpersonalnych. Pewności siebie mierzonej umiejętnością osiągania celów w komunikacji i poprze nią. 

Co mi zostało? Wiara we własne umiejętności, niezachwianie wysoka i trzymanie się poczucia wpływu na własne życie. Z tym, że w dość przewrotnej formie – jakie działania podejmować by przetrwać do końca kontraktu. I żeby zachować najwyższą jakość pracy z młodzieżą na wodzie.

Patrzenie na siebie w tej sytuacji z perspektywy zdysocjowanego obserwatora było czasem zabawne, a czasem straszne. Odnajdywałem w sobie zachowania i myśli od dawna nie widziane. Wiele się nauczyłem …

Wnioski:

  1. To nie szkoła żeglarstwa, którą wybrałem była zła. Ona jest dobra, pracujący w niej instruktorzy bardzo dobrze szkolą młodzież. Ja się po prostu w ich standardach nie odnalazłem. I to dobrze. Nie z każdym w życiu mi po drodze. Nie mam powodu, aby rezygnować z własnych standardów i oczekiwań.
  2. W sytuacjach, gdy praca ma charakter bardzo intensywny i jest obarczona dużą odpowiedzialnością, nawet osoby z wysoką odpornością psychiczną potrzebują wsparcia od swoich przełożonych
  3. W tych samych sytuacjach, osoby o niższej odporności psychicznej, mądrego, przemyślanego wspierania od przełożonych, potrzebują stale
  4. Nie da się przepracować 60 dni bez przerwy, w taki sposób, by nie wpłynęło to na poziom odporności psychicznej (ależ odkrycie).
  5. Poznanie potrzeb, oczekiwań pracownika jest niezbędne do tego, aby móc nim efektywnie zarządzać.
  6. Odporność psychiczna jest cechą, która w określonych warunkach może ulegać zmianie zarówno w górę jak i w dół.
  7. Świadomość własnej odporności i czynników ją budujących ułatwi przetrwanie nawet w niekorzystnych warunkach
  8. Ludzie przychodzą do firm, a odchodzą od menadżerów, bo czują się źle zarządzania
  9. Przełożeni mają ogromny wpływ na kształtowanie się poziomu odporności psychicznej w organizacji
  10. Powinni oni jednak najpierw zadbać o własna odporność psychiczną i nią się zająć, zanim będą mogli podejmować świadome działania kształtujące pożądana odporność u ich podwładnych (to tak jak w samolocie, gdy wypadną maseczki tlenowe, najpierw zadbaj o siebie, załóż ja na twarz a dopiero później pomagaj innym, którym to się nie udało, albo za których czujesz się odpowiedzialny).

Na szczęście po powrocie do domu poziom odporności psychicznej szybko mi się odbudował do standardowego.

Dalej w wakacje można mnie spotkać na Mazurach, pływającego z młodzieżą i dorosłymi, ale już w innej szkole żeglarstwa w której czuję się bardzo dobrze zarządzany. Czuje się dla nich cennym zasobem a nie nic nie znaczącym trybikiem. Ba, co więcej, oni mi o tym prosto w oczy mówią …

Jestem cennym i zaangażowanym zasobem gdy jestem dobrze zarządzany, czego Szanownemu Czytelnikowi również życzę :).

Studium przypadku: odporność psychiczna kluczowych menadżerów w trakcie zmian w organizacji.

Studium przypadku: odporność psychiczna kluczowych menadżerów w trakcie zmian w organizacji.

Opis sytuacji:

Zwrócili się do nas pracownicy HR jednej z instytucji finansowych. W związku z wdrażaniem nowego modelu zarządzania sprzedażą, chcieli wesprzeć kompetencyjnie swoich Dyrektorów Regionalnych (DR) w obszarach związanych z zarządzaniem zmianą, tak by oni później, mogli kaskadować te umiejętności w swoich regionach, wspierając w ten sposób efektywne wdrażanie przygotowanego modelu oraz nowej strategii organizacji.

Diagnoza:

Uzgodniliśmy, że przed warsztatami przeprowadzimy badanie odporności psychicznej DR kwestionariuszem MTQ48. Grupa składała się z 17 Dyrektorów Regionalnych.

Opierając się na dostępnych badaniach (np. AQR Int. 2008 i Merchant 2009) dowodzących, że im wyższą pozycję w hierarchii zajmuje menadżer, tym większa odporność psychiczną wykazuje, mogliśmy założyć, że badana przez nas grupa, osiągnie średni wynik odporności psychicznej na poziomie 7 – 8 stena. Badanie częściowo potwierdziło nasze założenie.

Wykres 1. Rozkład wyników ogólnej odporności psychicznej badanej grupy (średni wynik – 8,00)

Podczas pracy z DR ustaliliśmy kilka ważnych faktów:

  1. Niektórzy menadżerowie (z najwyższymi wynikami testu odporności psychicznej) wręcz negowali fakt, że organizacji dokonuje jakiejkolwiek istotnej zmiany.
  2. Większość nie zdawała sobie sprawy, że to głównie oni, a nie mityczna centrala, są odpowiedzialni za propagowanie i wdrażanie nowego modelu sprzedaży.
  3. Większość z nich miała przekonanie, że logiczne uzasadnienie i zakomunikowanie konieczności i nieuchronności wprowadzenie zmiany jest wystarczającym działaniem do tego, aby ich podwładni weszli w proces zmiany i aby zmiana została wdrożona efektywnie.
  4. Większość nie miała świadomości, na czym konkretnie miałaby polegać ich rola podczas wspierania podwładnych w procesie zmiany.

Dodatkowych i bardzo istotnych wniosków dotyczących postaw DR wobec zmiany, przed którą stała organizacji, dostarczyła analiza wyników uzyskanych w poszczególnych skalach składowych odporności psychicznej (MT).

Rycina 2. Rozkład wyników odporności psychicznej badanej grupy w skali wyzwania (średni wynik – 6,12)
Wykres 2. Rozkład wyników odporności psychicznej badanej grupy w skali wyzwania (średni wynik – 6,12)

Wyraźnie widać, zarówno porównując średnie wynik, jak i rozkład wyników na poszczególne steny, że w tej skali, wynik jest znacząco przesunięty w lewą stronę w porównaniu do ogólnej odporności psychicznej. To znaczy, że 13 DR osiągnęło w tej skali niższy wynik od swojej ogólnej odporności psychicznej. 

Jest znamiennym, że większość DR najniższe wyniki uzyskało w skali najbardziej związanej z efektywnym działaniem w warunkach zmiany, a dwóch z najwyższymi wynikami zarówno ogólnej odporności psychicznej, jak i w skali „wyzwania” stwierdziło, że żadnej istotnej zmiany nie dostrzega, wiec nie wie, o co tyle hałasu i bicia piany.

Koreluje to z wynikami badań prowadzonymi przez AQR Ltd. na większej, bo 97 osobowej grupie menadżerów z jednej organizacji. W tamtym wypadku, przesunięcie w lewo wyników na skali wyzwania oznaczało, że choć menadżerowie angażowali się w program wdrażania zmian, to niekoniecznie postrzegali to wyzwanie, jako okazję do pokazywania, co można dzięki temu osiągnąć, zarówno na poziomie indywidualnego pracownika, jak zespołów, czy większych struktur organizacyjnych.

Planując merytorykę pracy z grupą zwróciliśmy również uwagę na wynik osiągnięty przez badaną grupę w skali pewności siebie. Ogólna pewność siebie zmierzona dla grupy wyniosła 7,94. Przy czym, w podskali „wiara we własne umiejętności” grupa osiągnęła średnią 8,24, a w podskali „pewność siebie w relacjach interpersonalnych” tylko 6,41.

Wykres 3. Rozkład wyników odporności badania odporności psychicznej w podskali wiara we własne umiejętności (średnia 8,24)

Wyniki te mogą, oprócz oczywistych korzyści, nieść za sobą określone negatywne konsekwencje, które nie do końca wspierają efektywne kaskadowanie wdrażania zmian w organizacji. Oto one:

  1. Osoby te mogą nie mieć umiejętności, które sobie przypisują
  2. Mogą brać na siebie zbyt wiele obowiązków i odpowiedzialności
  3. Demonstrowanie skrajnie wysokiej pewności siebie, może onieśmielać podwładnych i sprawiać, że zaczynają oni wątpić we własne umiejętności
  4. Mogą nie tolerować lub lekceważyć zdanie osób, które uważają za mniej zdolne, czy doświadczone od siebie
  5. Mogą wydawać się aroganckie
  6. Mogą być uważane za despotyczne i wzbudzać strach u podwładnych
  7. Mogą wierzyć, że mają rację, nawet wtedy, gdy się mylą
  8. Mogą przekonać innych do swojej racji, nawet wtedy, gdy racji nie mają
Wykres 4. Rozkład wyników odporności badania odporności psychicznej w podskali pewność siebie w relacjach interpersonalnych (średnia 6,41)

Istnieje ryzyko, (obserwowane przez nas w innych badaniach), że wyżej wymienione negatywne konsekwencje wysokiej wiary we własne umiejętności, mogą występować częściej, gdy pojawia się dysproporcja z wynikami pewności siebie w relacjach interpersonalnych oraz w podskali umiejętność zarządzania emocjami (średnia dla grupy 6,65). Przekładać się to może, na dużą dyrektywność w zarządzaniu, skrajne koncentrowanie się na zadaniu z pominięciem aspektu indywidualnego podejścia do pracowników, ograniczonej elastyczności, silnej centralizacji działań i procesów, niedocenianiem motywującego znaczenia pochwał w procesie osiągania celów (w kilku innych przypadkach korelowaliśmy to z wynikami testu Zintegrowanych Stylów Przywództwa ILM72).

Przyjęte rozwiązanie

Mając to wszystko na uwadze przygotowaliśmy warsztat kreowania postaw, podczas którego:

Pierwszego dnia

  • uczestnicy w prostych ćwiczeniach, przechodzili przez poszczególnych etapy procesu zmiany
  • mogli na własnej skórze doświadczać całej gamy uczuć związanych z pozbawieniem ich kontroli nad tym, co i jak się dzieje
  • mierzyli się z poziomem wiary we własne umiejętności w nie do końca zdefiniowanej poprze cele sytuacji
  • doświadczali własnej skuteczności w kontekstach innych niż te, z którymi mają do czynienia w swojej pracy 

Drugiego dnia

Gdy poziom frustracji grupy był już odpowiedni, w kolejnych ćwiczeniach mogli doświadczyć jak, ciągle bazując na wysokiej odporności psychicznej, można podejść do zarządzania ludźmi w procesie zmian, by bardziej efektywnie wspierać wdrażanie procesu zmian w podległych im regionach.

Rezultat:

Opierając się na informacjach przekazanych nam przez pracowników HR, duża (zadawalająco) liczba Dyrektorów Regionalnych uczestniczących w warsztatach, diametralnie zmieniło podejście do swojej odpowiedzialności w kaskadowaniu wdrażania nowego modelu sprzedażowego w podległych im regionach. 

Wierzący mają lepiej

Może to śmiesznie zabrzmi, ale mimo to, że z modelem odporności psychicznej (OP) pracuję już siódmy rok, nigdy świadomie nie zadałem sobie pytania, czy któraś ze składowych OP ma większe znaczenie dla możliwości rozwijania tejże odporności niż inne?

Nauczyłem się analizowania wyników tak, by dla każdego indywidualnie znaleźć ewentualne obszary wrażliwe i właśnie tam przyłożyć dźwignie, o ile jest taka chęć i potrzeba. Ale, i sam się temu z dzisiejszej perspektywy dziwię, nigdy nie popatrzyłem na to globalnie, przez pryzmat modelu.

Na ostatnich, czyli pierwszych w tym roku warsztatach budowania odporności psychicznej, sporo czasu poświęciliśmy metapozycji i różnym korzyściom związanym z przebywaniu w tej pozycji percepcyjnej. A że pracując z innymi, zawsze pracuję ze sobą, to oni wrócili po warsztatach do domu, a ja zostałem. W metapozycji. Przynajmniej na chwilę. I tak się jakoś złożyło, że po raz kolejny sięgnąłem po książkę Noni Hofner „Styl prowokatywny – tło i narzędzia”

No i powstała hipoteza:

Wygląda na to, że czynnikiem najistotniejszym dla możliwości rozwijania odporności psychicznej jest wiara we własne umiejętności, budująca pewność siebie.

Dlaczego?

  1. Jak człowiek może chcieć się zmieniać, skoro nasza rzeczywistość, często, jawi się nam jako zmienna, niepewna, złożona i niejednoznaczna.
  2. Przecież to właśnie z tego powodu staramy się kształtować nasze życie tak, by było pewne i stabilne.
  3. Staramy się unikać zazwyczaj ryzykownych z tej perspektywy zachowań.
  4. Z tej perspektywy jakakolwiek zmiana wydaje się trudna, a zaangażowanie w nią poprzez zmienianie zachowań, nie daje żadnych gwarancji sukcesu.
  5. Rozwój osobisty to możliwość wypróbowywania nowych aspektów i możliwości drzemiących w osobowości, których do tej pory nie można było lub nie chciało się dostrzegać ze względu na pragnienie przewidywalności, ograniczenia wszechogarniającego chaosu, potrzebę stabilności, spójności i stabilizacji emocjonalnej.
  6. Inna droga, niż ta wytyczona do tej pory, jest nie do pomyślenia, a w rzeczywistości ona jest nie do poczucia.
  7. W związku z tym, z braku wcześniejszego doświadczenia, nie można wykonać testu poprawności emocjonalnej zakładanego rezultatu i swojego dopasowania do wykreowanej w ten sposób rzeczywistości.
  8. Opór, to naturalna reakcja na przedstawione rozwiązanie, które nie jest odpowiednie dla znanego nam dotychczas świata uczuć i emocji
  9. Potrzebujemy dowodów i pewności że wysiłek się opłaci i przyniesie jakąkolwiek wartość dodaną
  10. Skoro takiej pewności nie ma, aby podjąć jakiekolwiek wyzwanie, potrzebna jest wiara, która wyzwoli odwagę i pozwoli na wyjście ze strefy komfortu
  11. A wiara to ciężka praca związana z przezwyciężaniem fiksacji lenistwa i tchórzostwa

I żeby było jasne, to tylko hipoteza i w dodatku moja. Żaden przewrót kopernikański. Będę się temu przyglądał, sprawdzał, testował. Nowe wyzwanie w nowym ciągle jeszcze roku 🙂

oryginalny wpis na stronie https://wojtekgrad.pl

Taka jedna klątwa

Obyś żył w ciekawych czasach – w języku i kulturze chińskiej to ciężkie przekleństwo, a nawet klątwa.

Niestety, ze względu na globalizację, erę informatyczną i informacyjną oraz szybkość życia, klątwa ta dotyka nas wszystkich.

Nasza rzeczywistość, bardzo często, jawi się nam jako zmienna, niepewna, złożona i niejednoznaczna. Dlatego staramy się kształtować nasze życie tak, by było ono pewne i stabilne. Unikamy ryzykownych z tej perspektywy zachowań. Zmiana jest trudna, a zaangażowanie w nią poprzez zmienianie zachowań, nie daje żadnych gwarancji sukcesu.

LUDZIE REZYGNUJĄ Z TĘCZY

Z własnej i nieprzymuszonej woli, częściej staramy się być czarno biali, przewidywalni dla siebie i innych, bo to daje poczucie emocjonalnego spokoju. Jest tylko zero lub jedynka, albo – albo. Przez takie podejście często rezygnujemy z możliwości przeżywania życia z całym jego kolorytem.

Mówimy potocznie, że zielony kolor jest kolorem nadziei, a atawistycznie, mamy przeświadczenie, że czerwony, jest kolorem zagrożenia. Jeden i drugi niesie za sobą ryzyko. Pierwszy, że nadzieje są płonne i się nie spełnią, drugi, że ryzyko okaże się prawdziwe i się ziści. W obu wypadkach mamy szansę przeżyć emocjonalny ból, rozczarowanie. Po co nam to? Czyż nie lepiej je ignorować? Rezygnujemy z tęczy …

CÓŻ ZŁEGO JEST W BEZWŁADNOŚCI?

Takiej definiowanej przez fizyków, jako zdolność ciała do przeciwstawiania się wszelkim zmianom ruchu. Jeśli pamiętasz, to takie ciało, na które nie działają żadne siły lub te działające się równoważą, pozostaje w spoczynku lub porusza się ruchem jednostajnym prostoliniowym.

A więc wystarczy ignorować bodźce, by żyć w swoje małej stabilizacji. I wprawdzie poruszamy się do przodu, ale w takim wypadku, nie ma mowy o jakiejkolwiek zmianie kierunku. Jakie mamy szanse na rozwój osobisty, skoro przed każdą zmianą musimy się przemóc do nowych zachowań i zacząć robić coś, co nas emocjonalnie uwiera i to bez żadnej gwarancji sukcesu tego, co zrobimy, skoro, czy tego chcemy, czy nie, funkcjonujemy w najbardziej ciekawych czasach w historii cywilizacji?

Zakładamy sobie swoisty kaftan bezpieczeństwa, który uniemożliwia nam niespójne, więc niepożądane wobec utrwalonego modelu naszej „małej stabilizacji” zachowania i działania.

I JAK DO TEGO MA SIĘ ROZWÓJ OSOBISTY?

A przecież rozwój osobisty to właśnie możliwość wypróbowywania nowych aspektów i możliwości drzemiących w osobowości. Tych, których do tej pory nie można było lub nie chciało się dostrzegać ze względu na pragnienie przewidywalności, ograniczenia wszechogarniającego chaosu, potrzebę stabilności, spójności i stabilizacji emocjonalnej.

Żeby jednak przyśpieszyć lub zmienić cokolwiek w życiu, musimy zakłócić istniejącą równowagę, a do tego potrzebna jest jakaś dodatkowa siła. Skąd ją wziąć? Skąd zaczerpnąć? Jak i gdzie znaleźć źródło tej siły, którą moglibyśmy wykorzystać do tego, aby mimo tej przebrzydłej chińskiej klątwy, pokonać osobistą bezwładność.

Kiedy siedzisz przykuty do krzesła, a nogi i ręce masz mocna związane, to jakiekolwiek próby zmiany tego stanu rzeczy wiążą się z wyłącznie z bólem i ranami. A nie daj, wybrana przez Ciebie Siło Wyższa, tego, że to już kolejna próba wyrwania się z takich okowów. Na rękach nogach i ciele nie dość że masz ślady starych blizn, to od razu otwierają ci się stare, niezabliźnione jeszcze rany. Jedyne co w takiej chwili możesz odczuwać to ból, albo bólu wspomnienie. Za bólem idzie strach, a za nim tchórzostw, co w sumie daje szybkie racjonalizacje a te maja tendencje do przekształcania się w fiksacje, czyli niemalże święte przeświadczenie, że wybrana droga jest słuszna jedynie.

STREFA KOMFORTU

Strefa komfortu czasami jawi nam się jako przepiękny, bajkowy, rajski wręcz ogród, ale od czasu do czasu, zamienia się on w prozaiczne szambo, w którym tkwimy niemalże po uszy. Że za mocno? Że jakie szambo i jak śmiem … ? No dobra, niech będzie, że jako jedyny człowiek na świecie, a przynajmniej w Polsce, mam od czasu do czasu wrażenie, ze moja strefa komfortu przekształca się w całkiem pięknie śmierdzące szambo. Od pewnego czasu, coraz częściej, mam również ,całkiem bolesną zresztą, świadomość, że wiem, kto jest za to odpowiedzialny

Dla bardziej wrażliwych niech będzie delikatniej. Zapraszam do myślowego wyłącznie, a więc bezpiecznego w 100% emocjonalnie, eksperymentu.

Wyobraź sobie osobę, która uwielbia kąpiele w wannie. To ją relaksuje. Napuszcza do wanny ciepłą wodę, dodaje różne, sole i olejki, tworzy dookoła odpowiedni nastrój, zapalając świeczki, może kadzidełka zapachowe, może bierze ze sobą lampkę ulubionego wina, albo jeszcze ulubione zabawki (kaczuszkę miałem na myśli oczywiście), puszcza ulubiona muzykę. Wchodzi do wody, zanurza się w pianie, czuje wszechogarniające ciepło, przyjemność, relaks, spokój. Jest bezpieczna w tych stworzonych przez siebie, jakże przyjemnych warunkach. Odpręża się, odpoczywa, całkiem zanurzona w przyjemności i chwili. Chłonie i odczuwa to wszystkimi zmysłami. Napawa się błogością. Istny komfort.

Jeśli kiedykolwiek miałeś lub miałaś do czynienia z podobna sytuacją, to pamiętasz, że ta chwila nie trwa wiecznie. Woda stygnie, sole i olejki przestają działać, piana znika, świeczki się wypalają i nawet wino się kończy. Co ciekawe, nawet skóra zaczyna się marszczyć i robi się, jak mówił mój najmłodszy syn „pociabata”. Dla niego był to sygnał, że już musi wyjść z wody, bo to sprawiało mu dyskomfort. Normalnie, o ile nie zaśniesz w wannie lub nie zatrujesz się śmiertelnie dymem ze świeczek i oparami z kadzidełek kupionych po taniości, znajdziesz taki moment, po jakimś czasie, że zdecydujesz się wyjść z tej wspaniałej strefy komfortu, jaką była wanna pełna przyjemności przeróżnych. Czas ma to do siebie, że wiele zmienia. Komfort przestaje być komfortowym. Być może warunki robią się uciążliwe, a sytuacja staje się nudna. Co robisz? Niech zgadnę. Wychodzisz z wanny, bez jakichś większych problemów. Podejmujesz decyzję że już i już …

Co ma wanna do szamba, o którym było wcześniej?

O ile z wanny znakomita większość z nas wychodzi to ze strefą komfortu bywa już różnie. Wyobraźmy sobie teraz, że nasz bohater z sobie tylko znanych powodów uprze się żeby wanny nie opuścić i w innej pozostanie. Jaki będzie tego efekt? Jeżeli kiedykolwiek wylewałeś wodę z wazonu, nawet po najpiękniejszych kwiatach, które przestały w niej dłuższy czas, to jesteś w stanie sobie przypomnieć, jakie doznania zapachowe mogą temu towarzyszyć. I pozwól Szanowny Czytelniku, że nie będę szedł w głąb tej metafory odwołując się do znanych Ci systemów reprezentacyjnych, pisząc co czujesz, co widzisz, i jak się z tym czuć możesz. Zgódźmy się na jedno: woda się psuje i wystarczy ohydy

Wrócimy na chwile do naszego miłośnika wanningu.

Wydawać by się mogło, że każdy w miarę normalny człowiek, zrobi wszystko aby się z takiego niezbyt zachęcającego miejsca wyrwać. Niestety, granice strefy komfortu, tego co czeka poza naszą metaforyczną wanną, często nie wytrzymują kontaktu z horyzontem zdarzeń, który tworzy nam otaczająca nasz rzeczywistość. Horyzont zdarzeń jest tutaj o tyle ważny, że nie mamy żadnych emocjonalnych gwarancji, co się nam przydarzy poza nim. Nie możemy, z braku wcześniejszych doświadczeń wykonać testu poprawności emocjonalnej zakładanego rezultatu podejmowanych działań. A w związku z tym, nawet jak nam strefa komfortu lekko zaśmiardła i jak pisał Bułhakow, jest już drugiej kategorii świeżości, to tak, czy inaczej, śmierdzi po naszemu …

Strefa komfortu, to stan, w którym czujemy się dobrze i bezpiecznie i w którym czujemy kontrolę nad otoczeniem. Nasze przekonania, emocje i uczucia, oczekiwania i potrzeba przewidywalności ciągnie nas do przebywania w tej strefie. Niemniej jednak, tylko poprzez regularne, zamierzone i świadome jej opuszczanie, możemy doświadczać innej jakości życia, lepszych efektów, większego szczęścia. Czerpać z życia większą satysfakcję. Satysfakcja ta, aby była prawdziwa i trwała, musi powstawać pod wpływem czynników wewnętrznych, opiera się na silnej woli, konsekwentnym i celowym działaniu. To odczuwanie uznania w stosunku do samego siebie za osiągnięcie konkretnych celów.

HAMULCE W ROZWOJU

Na nieszczęście tutaj mamy przeciwko sobie trzy hamulec rozwoju: tchórzostwo, lenistwo i fiksacje.

Te trzy hamulce wspólnie i wdzięcznie powodują, że zamiast wykorzystać posiadaną siłę mentalną do rozwoju, wykorzystujemy ją najczęściej do trwania, bycia czarno białym i unikania tęczy. Powodowani nimi właśnie używamy naszej siły mentalnej i innych posiadanych zasobów do walki z entropią.

Niezależnie od tego czy wierzysz w to, że masz taka siłę, czy też nie, to ona i tak istnieje. To tak jak z grawitacją. Ona jest i z tym się nie dyskutuje.

MENTAL TOUGHNESS (MT), CZYLI SIŁA Z D…Y

Z duszy, z duszy Szanowny Czytelniku! Albo z głowy. Przynajmniej tam powstaje, jak pokazują badania najnowocześniejszymi urządzeniami, do których normalny, zdrowy człowiek da się podłączyć lub w które włożyć. A gdzie jest przechowywana i skąd później wychodzi, to już zupełnie inna sprawa.

ZASAD ZACHOWANIA ENERGII, CZYLI O WOLNEJ WOLI

Pozostajemy w świecie fizycznych porównań. Swoją drogą ciekawe skąd mi się to wzięło, skoro z wykształcenia i zamiłowania jestem humanistą. Może stąd, że kiedyś dawno, przed laty ucząc się fizyki miałem szczęście spotkać nauczycieli, którzy pokazywali mi w jaki sposób to, czego się uczę, wyjaśnia otaczającą mnie rzeczywistość i jak mogę, z tego o czym mówimy korzystać na co dzień. Dostawałem kontekst, a nie suche regułki i wzory. Jeszcze na chemii bywało podobnie. Tam też klika wzorów i reakcji pokazywało jak uczynić świat piękniejszym, jeżeli oczywiście wiesz o czym mówię …

Jednocześnie z góry przepraszam biegłych w fizyce za uproszczenia i gafy merytoryczne. Wybaczcie, wszak to wyłącznie metafory niepoprawnego humanisty.

Dobrą wiadomością jest to, że każdy z nas rodzi się z czymś, co nazywa się siłą mentalną

ONA MA SIŁĘ …!

On zresztą też ma, z tym, że nikt tak pięknie, jak Anita Lipnicka o Niej, zaśpiewać o Nim, nie chciał. Siłę emocjonalnego oporu. Tę która nie pozwala na elastyczne reagowanie na nieprzewidywalność rzeczywistości. Tę, przez którą nasze życie czynimy raczej za nudnym niż zbyt ekscytującym. To jest ta sama siła, której na co dzień używasz do powstrzymania entropii. Jak to jest, że bałagan, taki klasyczny, na biurku, albo w garderobie, robi się praktycznie sam, bez żadnego wysiłku z naszej strony, a jego ogarnięcie, uporządkowanie i konsekwentne utrzymywanie wymaga dużo większego nakładu siły (fizycznej i mentalnej) i bardziej świadomych i konsekwentnych działań.

ENTROPIA

Upraszczając, entropia to dążenie natury do jak największego braku uporządkowania. Do prawdziwego chaosu. Na co dzień, każdy z nas się jej wytrwale i z uporem przeciwstawia. Wkładamy w to wiele siły i energii. Ogromnie dużo.

Za pomocą tej właśnie siły mentalnego oporu, każdy z nas, opierając się wszechogarniającej entropi tworzy sobie własną strefę komfortu.

A co by było, a w zasadzie, jak by to było, gdyby tę samą energię, której używasz do utrzymania porządku wbrew naturze (entropi) spożytkować na bardziej świadome zarządzanie sobą w zmianie i pod presją? Zamiast na obronę granic strefy komfortu do wychodzenia poza jej ramy, tak by mieć świadomość psychicznego dyskomfortu wynikającego ze stresu psychologicznego. By umieć i chcieć się poruszać na obrzeżach, albo wręcz poza granicami własnej spójności? Tak, by nasze emocje przestały sabotować intelektualną gotowość do zmiany.

NO JAKBY TO BYŁO … ?

oryginalny wpis na stronie https://wojtekgrad.pl

Jak wzmacnia porażka?

Warto się czasami mylić. No chyba, że się jest saperem. Wyłączywszy, z pełnym należnym jej szacunkiem, tę właśnie grupę zawodową z rozważań w poniższym artykule, ośmielam się  kontynuować.

Doświadczenie jest czymś, co dostajesz, kiedy nie dostajesz tego, co dostać chciałeś. – autor nieznany

Jedną ze skal składowych odporności psychicznej są wyzwania. Jest to miara postrzegania wyzwań i zmian, z którymi codziennie mamy do czynienia. Czy widzimy w nich szanse, czy raczej, są one dla nas, wiszącymi nad nami, niczym miecz Damoklesa, zagrożeniami.

Patrzymy na wyzwania z dwóch perspektyw:

  1. Gotowość do wychodzenia im naprzeciw
  2. Pozytywne podejście do wyników podejmowanych przez nas działań, niezależnie od tego, czy wyniki te są dobre, czy złe, czy prowadzą do sukcesu, czy też przynoszą porażkę.

Zamiast teoretyzować zobaczmy, co na temat porażek, jakie przeżyli, mówią specjaliści od odnoszenia sukcesów na skalę światową: 

Mateusz KusznierewiczSir Russell Coutts
Dwukrotny medalista olimpijski (złoto i brąz), dwukrotny indywidualny mistrz świata w klasie Fin oraz mistrz świata w klasie Star, pięciokrotny indywidualny mistrz Europy (również jako junior), wielokrotny zdobywca mistrzostw Polski. W latach: 1996, 1998, 1999 był trzykrotnie nominowany do prestiżowego tytułu Żeglarza roku – ISAF World Sailor of the Year Awards przyznawanego przez Międzynarodową Federację Żeglarską (ISAF); laureat tego tytułu w roku 1999 (jedyny Polak).Mistrz olimpijski w żeglarskiej klasie Fin, wielokrotny mistrz świata w innych klasach żeglarskich, pięciokrotny zdobywca Pucharu Ameryki (trzy razy jako skipper, dwa razy jako CEO Oracle Team USA), Dwukrotny laureat nagrody ISAF World Sailor of the Year Awards przyznawanej przez Międzynarodową Federację Żeglarską (ISAF) z lat 1995 i 2003. Jeden z najbardziej utytułowanych żeglarz na świecie.
 O porażce O porażce
… w odróżnieniu od sukcesów, nad porażkami nie mogłem przejść ot tak, bez zastanowienia, analizy. Wchodziły głęboko w serce, raniły i bolały. Sukces uniesie każdy, po sukcesie jest euforia, radość, może nawet ekstaza. Ale rzadko wyciągamy z tego wnioski. A porażkę nosi się długo w środku, bo doskwiera. Poświęca się jej więcej uwagi, rodzi mnóstwo pytań.Zwycięstwo jest cudowne, ale porażka wiele uczy. Wiele razy w swojej karierze zaczynałem rozumieć coś właśnie dlatego, że nie wygrałem. To dużo bardziej rozwijające

Może warto zastanowić się, jak te słowa obu mistrzów żeglarstwa, wykorzystać dla siebie?

Przyjrzeć się temu, jak na nas działają sytuacje, w których dostaję, osiągam to co chce, a jak te, które wydają nam się porażkami. Nawet kompletnymi lub katastroficznie totalnymi?

„Kiedy patrzę na innych zawodników, albo nawet na swoje dzieci, to myślę, że porażki pomieszane z sukcesami – bo nie można też przecież cały czas dostawać lania – są jak wejście do zimnej wody po saunie. Nie jest to coś przyjemnego, ale wzmacnia i hartuje, nie tylko ciało, ale także charakter.”

„Do porażki trzeba mieć właśnie takie podejście – żeby mieć świadomość, że wzmocni, nawet jeśli nie wiąże się z niczym przyjemnym.”

Czego Państwu i sobie życzę.

„Nawet małpy spadają z drzew” – przysłowie japońskie

Cytowane tu wypowiedzi Mateusza Kusznierewicza pochodzą z wywiadu, który ukazał się w dniu 24 grudnia 2017 na portalu sportowefakty.wp.pl (całość wywiadu znajdziesz tutaj: https://sportowefakty.wp.pl/zeglarstwo/727965/mateusz-kusznierewicz-czwarty-znaczy-silny)

kopia ze strony https://wojtekgrad.pl